Papierosowy dym wypełniał pokój.
Bladożółte światło małej lampki wydobywało z ciemności kontury starych,
przedwojennych jeszcze mebli. Na pustych, lepkich od kurzu ścianach delikatnie
rysowały się dziury po gwoździach i szpilkach. W samym pokoiku nie znajdowało
się nic poza rozchwianym krzesłem, biurkiem i przeżartym przez mole materacem.
Wystające sprężyny rzucały na szary materiał poskręcane, delikatnie wibrujące
cienie. Jedyne okno w pokoju zasłonięte było grubą zasłoną z ciemnego żakardu. Przy
biurku siedział przygarbiony chłopiec. Pochylał się nad rozłożonymi przed nim
książkami i starannym pismem robił notatki w zeszycie. Jego wzrok uważnie śledził
spokojny i miarowy taniec stalówki.
Paweł miał siedemnaście lat. W swoim
pokoju mieszkał odkąd pamiętał i odkąd pamiętał nic się w nim nie zmieniło.
Cały jego dom sprawiał wrażenie odpornego na działanie czasu. Nie następowała w
nim żadna, najmniejsza nawet zmiana. Podniszczone i zakurzone dywany nie
ruszyły się nawet na milimetr od kiedy, jako dziecko bawił się na nich
ołowianymi żołnierzykami ojca. Nigdy też nie dostał innej zabawki. Słowem,
życie w jego domu uległo niemal zupełnemu zanikowi. Nawet wietrzyć starano się jak
najrzadziej. Do pokoju Pawła prowadziły stare spękane schody. Niegdyś piękna
balustrada z mahoniowego drewna została już dawno porąbana i spalona. Teraz jej
miejsce zajęła brudna deska, którą ojciec wyciągnął z szopy za domem. Na
nieheblowanej powierzchni dało się dostrzec mrowie czerwonych plamek krwi.
Paweł skończył notować, zamknął
zeszyt i schował go do szuflady. Jako licealista miał sporo nauki, a presja
związana z nadchodząca maturą rosła z dnia na dzień. Był pilnym choć często
niedocenianym uczniem. Nienawidził więc zarówno nauczycieli jak i swoich rówieśników.
Sam też nie był lubiany. Często wracał do domu z podbitym okiem lub złamanym
nosem. Nie był nawet pewien ile razy zdarzyło mu się dostać po lekcjach. Już
pierwszego dnia w nowym liceum but kolegi pozbawił go dwóch zębów. Pamiętał jak
jego twarz wciska się między asfalt i twardą podeszwę. Doskonale pamiętał też ohydny
zgrzyt jaki wydały jego zęby zanim wypluł je na chodnik. Z dołu dobiegł go
krzyk ojca. Paweł wstał i powoli zszedł po schodach. Kłótnie były codzienną
rutyną. Niemal zawsze kiedy wracał do domu witała go posiniaczona matka.
Kiedy znalazł się w kuchni ujrzał
ojca rozpartego w fotelu i wgapiającego się w telewizor. Jasny blask padał na
jego pooraną zmarszczkami twarz. Bez większego wysiłku dało się dostrzec ślady
po dawno przebytej ospie. Mężczyzna spojrzał na Pawła nienawistnym wzrokiem i
wskazał mu miejsce przy stole. Jego matka stała przy kuchence. Jej prawa ręka
owinięta była mokrą szmatą. W powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach
przypalonej skóry. Paweł bez słowa usiadł i podobnie jak ojciec zaczął
podziwiać walory prezenterki pogody. Traktował ten moment jako jeden z
najprzyjemniejszych w ciągu dnia. Kiedy
prognoza dobiegła końca matka Pawła wyciągnęła z szafki talerze i rozłożyła je
na stole. Jego ojciec odpalił papierosa i pociągnął łyk z butelki schowanej za
oparciem fotela.
-
Co tam, pedale? – rzucił w kierunku Pawła. – Mówię do ciebie, cwelu!
-
Tak? – odparł beznamiętnie Paweł.
-
Pytałem, jak było, kurwa, w szkole!? Kto ci znów rozjebał pysk? Jesteś aż tak
ciotowaty, że nawet się nie bronisz? – Paweł nie zareagował. – Pewnie cię tam
jebią w dupę.
-
Prędzej ciebie. – mruknął pod nosem Paweł.
-
Co kurwa powiedziałeś!? – ryknął mężczyzna i wstał z fotela. – Powtórz!
-
Nic nie mówiłem. – wyjąkał Paweł.
-
Poczekaj ty pokurwiony zjebie!
Mężczyzna podszedł do Pawła, złapał
go za kołnierz i zrzucił z krzesła. Chłopiec nawet nie próbował się bronić.
Wiedział, że wtedy skończy jeszcze gorzej. Nagle poczuł ciężką pięść
wwiercającą mu się w brzuch. Cios był tak silny, że przez kilka sekund nie mógł
złapać oddechu. Dopiero po chwili udało mu się podnieść na kolana jednak wtedy
na jego plecy spadł kolejny cios. Usłyszał głuchy odgłos pustej butelki
uderzającej o żebra. Matka chłopca podeszła do stołu i zabrała jego talerz.
Jego ojciec chwycił go za włosy i zaciągnął do ciasnej komórki pod schodami. Na
pożegnanie Paweł otrzymał jeszcze jeden cios w brzuch. Jego kolacja właśnie się
zakończyła.
***
Następnego dnia obudziło go
skrzypienie zawiasów. W drzwiach komórki ujrzał swoją matkę. Prowizoryczny
opatrunek na jej ręce był niemal cały czerwony. Bez słowa pozwoliła mu wyjść i
wrócić do swojego pokoju. Ojciec jeszcze spał więc Paweł miał chwilę na
przebranie się i doprowadzenie do porządku. Po około piętnastu minutach do
pokoju weszła matka i poinformowała go, że za pięć minut ma wyjść z domu. Paweł
zszedł na dół i założył buty. W chwilę potem znajdował się na zewnątrz. Jego liceum
znajdowało się kilka ulic dalej i potrzebował około piętnastu minut żeby
przebyć ten dystans. Często skracał sobie drogę idąc przez park. Tym razem
również postanowił tak zrobić. Kiedy znalazł się w cieniu drzew nieco się
rozluźnił. Szum liści i wszechobecna zieleń zawsze go uspokajały.
Po chwili jego oczom ukazało się liceum.
Olbrzymi, zbudowany w wiktoriańskim stylu budynek bardziej przypominał zamek
niż szkołę. Otoczony ponad dwumetrowym murem eklektyczny twór stanowił
siedlisko naturalnych wrogów Pawła. Mimo to siedemnastolatek beznamiętnie
wszedł na plac przed szkołą i wmieszał się w tłum umundurowanych uczniów.
Granatowa tkanina pełniła rolę specyficznego kamuflażu i pozwalała Pawłowi
przebrnąć do drzwi bez większych problemów. Dopiero kiedy dotarł do klasy
wszystko wróciło do normy. Tak jak to miało miejsce już wcześniej tak i tego
dnia przywitały go żarty kolegów. Śmiano się z jego fryzury, ubioru i
generalnej formy jaką przybrała jego egzystencja. W całej szkole było zaledwie
kilka osób których stosunek do Pawła można by nazwać przyjaznym, jednak nawet
zdeklarowanych homoseksualistów traktowano lepiej.
Kiedy ponad zgiełk panujący na
korytarzu wybił się donośny dźwięk dzwonka, przed drzwiami klasy pojawił się
nauczyciel. Wysoki, szczupły, lekko zarośnięty mężczyzna w wieku około
czterdziestu lat zaczynał powoli siwieć. Również on nie bardzo przepadał za
Pawłem jednak nie dawał tego po sobie poznać. Generalnie niewiele uwagi
poświęcał swoim uczniom. Zdecydowanie preferował uczennica. Paweł słyszał wiele
plotek o nim i różnych szkolnych pięknościach, których smukłe ciała pozostawały
poza jego zasięgiem. Tłum na korytarzu powoli się przerzedzał i Paweł,
zepchnięty jak zwykle na koniec, jako ostatni wszedł do klasy. Jego ławka była
pusta. O ile inni uczniowie ciągle zmieniali miejsca, o tyle ławka Pawła była
zawsze pusta. Co więcej nie siadał w niej również nikt spoza jego klasy.
Większość szkoły była przekonana, że Paweł ma wszy i generalnie traktowała go
jak trędowatego. Do tej pory nikt nie wybaczył mu sytuacji kiedy, będąc jeszcze
uczniem gimnazjum, przyniósł do swojej klasy pchły, które zalęgły się w jego ubraniach.
Jeszcze tego samego dnia pół szkoły konsekwentnie rozsiewało pasożyta.
Drogę do swojej ławki starał się
pokonać z podniesioną głową. Już był prawie u celu kiedy poczuł, że traci grunt
pod nogami. Nim jego twarz zderzyła się z podłogą ujrzał jeszcze piękną łydkę
opiętą przez niemal przezroczyste rajstopy. Takiego poniżenia nie mógł już
znieść. Gdyby noga należała do największego chuchra w szkole prawdopodobnie w
milczeniu dotarłby do ławki starając się wymazać incydent z pamięci. Tym jednak
razem noga należała do kobiety. Kobiety która była całkiem ładna i przez pewien
czas Paweł starał się zwrócić na siebie jej uwagę. Kiedy spojrzał na nią,
ujrzał na jej twarzy szyderczy uśmiech. Nawet nauczyciel z trudem zachowywał
powagę. Paweł wstał, wyprostował się i ruszył do drzwi. Nie zamierzał spędzać
tam ani chwili dłużej. Gniew jaki w nim narastał przez lata właśnie znalazł
ujście. Jasną dla Pawła stała się myśl iż musi dokonać zemsty. Z siłą zamknął
za sobą drzwi i wyszedł na korytarz. Kiedy znalazł się przed szkołą wziął
głęboki oddech i ruszył przez plac. Postanowił wracać do domu.
***
Po około dziesięciu minutach już
stał pod drzwiami. Nie starał się nawet ukryć przed wzrokiem rodziców. Wszedł
do kuchni i wyciągnął z szuflady długi kuchenny nóż. Następnie wszedł do pokoju
w którym jego ojciec spokojnie odsypiał noc. Stanął przed nim i kopnął go w
krocze. Mężczyzna poderwał się ze swojego fotela. Z jego płuc wydobył się
przeciągły świst, a nienawistny wzrok spoczął na Pawle. Chłopiec spojrzał
mężczyźnie w oczy i błyskawicznym ruchem przyszpilił go do fotela. Nie
odrywając od niego wzroku wyrwał nóż i ponownie uderzył, tym razem w brzuch.
Mężczyzna spojrzał na ostrze zatopione w jego brzuchu. Tępym wzrokiem
obserwował jak chłopiec powoli przekręca ostrze i rozcina go w poprzek. Z
każdym uderzeniem serca na jego kolana wylewała się fala krwi, która potem
spływając powoli wzdłuż ud, wsiąkała w dywan. Paweł spokojnie obserwował jak
jego ojciec bezradnie próbuje pozbierać swoje jelita i umieścić je we właściwym
im miejscu. Obrócił nóż w dłoni i wbił ostrze w ciemię. Ciało mężczyzny
zadrżało po raz ostatni.
Paweł nie próbował odzyskać broni.
Wyszedł z domu i udał się do szopy. Spomiędzy desek wygrzebał starą, pordzewiałą
siekierę. Szybkim krokiem udał się do szkoły. Kiedy tam dotarł było tuż po
dzwonku i właśnie zaczynała się kolejna lekcja. Spokojnie przeszedł pustym
korytarzem i stanął przed klasą. Kiedy otworzył drzwi rozejrzał się po sali.
Większość ze znienawidzonych przez niego ludzi siedziała i tępym wzrokiem
obserwowała siekierę w jego zakrwawionej ręce. Nauczycielka podbiegła żeby mu
ją wyrwać jednak Paweł był szybszy i z impetem wbił ostrze w jej twarz.
-
Nienawidzę poniedziałków. – powiedział, a następnie wyrwał siekierę razem z
częścią czaszki kobiety.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz