niedziela, 13 kwietnia 2014

Nienawidzę poniedziałków.

            Papierosowy dym wypełniał pokój. Bladożółte światło małej lampki wydobywało z ciemności kontury starych, przedwojennych jeszcze mebli. Na pustych, lepkich od kurzu ścianach delikatnie rysowały się dziury po gwoździach i szpilkach. W samym pokoiku nie znajdowało się nic poza rozchwianym krzesłem, biurkiem i przeżartym przez mole materacem. Wystające sprężyny rzucały na szary materiał poskręcane, delikatnie wibrujące cienie. Jedyne okno w pokoju zasłonięte było grubą zasłoną z ciemnego żakardu. Przy biurku siedział przygarbiony chłopiec. Pochylał się nad rozłożonymi przed nim książkami i starannym pismem robił notatki w zeszycie. Jego wzrok uważnie śledził spokojny i miarowy taniec stalówki.
            Paweł miał siedemnaście lat. W swoim pokoju mieszkał odkąd pamiętał i odkąd pamiętał nic się w nim nie zmieniło. Cały jego dom sprawiał wrażenie odpornego na działanie czasu. Nie następowała w nim żadna, najmniejsza nawet zmiana. Podniszczone i zakurzone dywany nie ruszyły się nawet na milimetr od kiedy, jako dziecko bawił się na nich ołowianymi żołnierzykami ojca. Nigdy też nie dostał innej zabawki. Słowem, życie w jego domu uległo niemal zupełnemu zanikowi. Nawet wietrzyć starano się jak najrzadziej. Do pokoju Pawła prowadziły stare spękane schody. Niegdyś piękna balustrada z mahoniowego drewna została już dawno porąbana i spalona. Teraz jej miejsce zajęła brudna deska, którą ojciec wyciągnął z szopy za domem. Na nieheblowanej powierzchni dało się dostrzec mrowie czerwonych plamek krwi.  
            Paweł skończył notować, zamknął zeszyt i schował go do szuflady. Jako licealista miał sporo nauki, a presja związana z nadchodząca maturą rosła z dnia na dzień. Był pilnym choć często niedocenianym uczniem. Nienawidził więc zarówno nauczycieli jak i swoich rówieśników. Sam też nie był lubiany. Często wracał do domu z podbitym okiem lub złamanym nosem. Nie był nawet pewien ile razy zdarzyło mu się dostać po lekcjach. Już pierwszego dnia w nowym liceum but kolegi pozbawił go dwóch zębów. Pamiętał jak jego twarz wciska się między asfalt i twardą podeszwę. Doskonale pamiętał też ohydny zgrzyt jaki wydały jego zęby zanim wypluł je na chodnik. Z dołu dobiegł go krzyk ojca. Paweł wstał i powoli zszedł po schodach. Kłótnie były codzienną rutyną. Niemal zawsze kiedy wracał do domu witała go posiniaczona matka.
            Kiedy znalazł się w kuchni ujrzał ojca rozpartego w fotelu i wgapiającego się w telewizor. Jasny blask padał na jego pooraną zmarszczkami twarz. Bez większego wysiłku dało się dostrzec ślady po dawno przebytej ospie. Mężczyzna spojrzał na Pawła nienawistnym wzrokiem i wskazał mu miejsce przy stole. Jego matka stała przy kuchence. Jej prawa ręka owinięta była mokrą szmatą. W powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach przypalonej skóry. Paweł bez słowa usiadł i podobnie jak ojciec zaczął podziwiać walory prezenterki pogody. Traktował ten moment jako jeden z najprzyjemniejszych w ciągu dnia.  Kiedy prognoza dobiegła końca matka Pawła wyciągnęła z szafki talerze i rozłożyła je na stole. Jego ojciec odpalił papierosa i pociągnął łyk z butelki schowanej za oparciem fotela.
- Co tam, pedale? – rzucił w kierunku Pawła. – Mówię do ciebie, cwelu!
- Tak? – odparł beznamiętnie Paweł.  
- Pytałem, jak było, kurwa, w szkole!? Kto ci znów rozjebał pysk? Jesteś aż tak ciotowaty, że nawet się nie bronisz? – Paweł nie zareagował. – Pewnie cię tam jebią w dupę.
- Prędzej ciebie. – mruknął pod nosem Paweł.
- Co kurwa powiedziałeś!? – ryknął mężczyzna i wstał z fotela. – Powtórz!
- Nic nie mówiłem. – wyjąkał Paweł.
- Poczekaj ty pokurwiony zjebie!
            Mężczyzna podszedł do Pawła, złapał go za kołnierz i zrzucił z krzesła. Chłopiec nawet nie próbował się bronić. Wiedział, że wtedy skończy jeszcze gorzej. Nagle poczuł ciężką pięść wwiercającą mu się w brzuch. Cios był tak silny, że przez kilka sekund nie mógł złapać oddechu. Dopiero po chwili udało mu się podnieść na kolana jednak wtedy na jego plecy spadł kolejny cios. Usłyszał głuchy odgłos pustej butelki uderzającej o żebra. Matka chłopca podeszła do stołu i zabrała jego talerz. Jego ojciec chwycił go za włosy i zaciągnął do ciasnej komórki pod schodami. Na pożegnanie Paweł otrzymał jeszcze jeden cios w brzuch. Jego kolacja właśnie się zakończyła.

***

            Następnego dnia obudziło go skrzypienie zawiasów. W drzwiach komórki ujrzał swoją matkę. Prowizoryczny opatrunek na jej ręce był niemal cały czerwony. Bez słowa pozwoliła mu wyjść i wrócić do swojego pokoju. Ojciec jeszcze spał więc Paweł miał chwilę na przebranie się i doprowadzenie do porządku. Po około piętnastu minutach do pokoju weszła matka i poinformowała go, że za pięć minut ma wyjść z domu. Paweł zszedł na dół i założył buty. W chwilę potem znajdował się na zewnątrz. Jego liceum znajdowało się kilka ulic dalej i potrzebował około piętnastu minut żeby przebyć ten dystans. Często skracał sobie drogę idąc przez park. Tym razem również postanowił tak zrobić. Kiedy znalazł się w cieniu drzew nieco się rozluźnił. Szum liści i wszechobecna zieleń zawsze go uspokajały.
            Po chwili jego oczom ukazało się liceum. Olbrzymi, zbudowany w wiktoriańskim stylu budynek bardziej przypominał zamek niż szkołę. Otoczony ponad dwumetrowym murem eklektyczny twór stanowił siedlisko naturalnych wrogów Pawła. Mimo to siedemnastolatek beznamiętnie wszedł na plac przed szkołą i wmieszał się w tłum umundurowanych uczniów. Granatowa tkanina pełniła rolę specyficznego kamuflażu i pozwalała Pawłowi przebrnąć do drzwi bez większych problemów. Dopiero kiedy dotarł do klasy wszystko wróciło do normy. Tak jak to miało miejsce już wcześniej tak i tego dnia przywitały go żarty kolegów. Śmiano się z jego fryzury, ubioru i generalnej formy jaką przybrała jego egzystencja. W całej szkole było zaledwie kilka osób których stosunek do Pawła można by nazwać przyjaznym, jednak nawet zdeklarowanych homoseksualistów traktowano lepiej.
            Kiedy ponad zgiełk panujący na korytarzu wybił się donośny dźwięk dzwonka, przed drzwiami klasy pojawił się nauczyciel. Wysoki, szczupły, lekko zarośnięty mężczyzna w wieku około czterdziestu lat zaczynał powoli siwieć. Również on nie bardzo przepadał za Pawłem jednak nie dawał tego po sobie poznać. Generalnie niewiele uwagi poświęcał swoim uczniom. Zdecydowanie preferował uczennica. Paweł słyszał wiele plotek o nim i różnych szkolnych pięknościach, których smukłe ciała pozostawały poza jego zasięgiem. Tłum na korytarzu powoli się przerzedzał i Paweł, zepchnięty jak zwykle na koniec, jako ostatni wszedł do klasy. Jego ławka była pusta. O ile inni uczniowie ciągle zmieniali miejsca, o tyle ławka Pawła była zawsze pusta. Co więcej nie siadał w niej również nikt spoza jego klasy. Większość szkoły była przekonana, że Paweł ma wszy i generalnie traktowała go jak trędowatego. Do tej pory nikt nie wybaczył mu sytuacji kiedy, będąc jeszcze uczniem gimnazjum, przyniósł do swojej klasy pchły, które zalęgły się w jego ubraniach. Jeszcze tego samego dnia pół szkoły konsekwentnie rozsiewało pasożyta.
            Drogę do swojej ławki starał się pokonać z podniesioną głową. Już był prawie u celu kiedy poczuł, że traci grunt pod nogami. Nim jego twarz zderzyła się z podłogą ujrzał jeszcze piękną łydkę opiętą przez niemal przezroczyste rajstopy. Takiego poniżenia nie mógł już znieść. Gdyby noga należała do największego chuchra w szkole prawdopodobnie w milczeniu dotarłby do ławki starając się wymazać incydent z pamięci. Tym jednak razem noga należała do kobiety. Kobiety która była całkiem ładna i przez pewien czas Paweł starał się zwrócić na siebie jej uwagę. Kiedy spojrzał na nią, ujrzał na jej twarzy szyderczy uśmiech. Nawet nauczyciel z trudem zachowywał powagę. Paweł wstał, wyprostował się i ruszył do drzwi. Nie zamierzał spędzać tam ani chwili dłużej. Gniew jaki w nim narastał przez lata właśnie znalazł ujście. Jasną dla Pawła stała się myśl iż musi dokonać zemsty. Z siłą zamknął za sobą drzwi i wyszedł na korytarz. Kiedy znalazł się przed szkołą wziął głęboki oddech i ruszył przez plac. Postanowił wracać do domu.

***

            Po około dziesięciu minutach już stał pod drzwiami. Nie starał się nawet ukryć przed wzrokiem rodziców. Wszedł do kuchni i wyciągnął z szuflady długi kuchenny nóż. Następnie wszedł do pokoju w którym jego ojciec spokojnie odsypiał noc. Stanął przed nim i kopnął go w krocze. Mężczyzna poderwał się ze swojego fotela. Z jego płuc wydobył się przeciągły świst, a nienawistny wzrok spoczął na Pawle. Chłopiec spojrzał mężczyźnie w oczy i błyskawicznym ruchem przyszpilił go do fotela. Nie odrywając od niego wzroku wyrwał nóż i ponownie uderzył, tym razem w brzuch. Mężczyzna spojrzał na ostrze zatopione w jego brzuchu. Tępym wzrokiem obserwował jak chłopiec powoli przekręca ostrze i rozcina go w poprzek. Z każdym uderzeniem serca na jego kolana wylewała się fala krwi, która potem spływając powoli wzdłuż ud, wsiąkała w dywan. Paweł spokojnie obserwował jak jego ojciec bezradnie próbuje pozbierać swoje jelita i umieścić je we właściwym im miejscu. Obrócił nóż w dłoni i wbił ostrze w ciemię. Ciało mężczyzny zadrżało po raz ostatni.
            Paweł nie próbował odzyskać broni. Wyszedł z domu i udał się do szopy. Spomiędzy desek wygrzebał starą, pordzewiałą siekierę. Szybkim krokiem udał się do szkoły. Kiedy tam dotarł było tuż po dzwonku i właśnie zaczynała się kolejna lekcja. Spokojnie przeszedł pustym korytarzem i stanął przed klasą. Kiedy otworzył drzwi rozejrzał się po sali. Większość ze znienawidzonych przez niego ludzi siedziała i tępym wzrokiem obserwowała siekierę w jego zakrwawionej ręce. Nauczycielka podbiegła żeby mu ją wyrwać jednak Paweł był szybszy i z impetem wbił ostrze w jej twarz.

- Nienawidzę poniedziałków. – powiedział, a następnie wyrwał siekierę razem z częścią czaszki kobiety.